HOTEL SIEDMIU BRAM
(E tu vivrai nel terrore - L'aldila)

LOBO


Reżyseria:
Lucio Fulci

Scenariusz:
Dardano Sacchetti
Giorgio Mariuzzo
Lucio Fulci


Obsada:
Katherine MacColl
David Warbeck
Cinzia Monreale
Antoine Saint-John


Kraj:
Włochy

Rok produkcji:
1981

Czas trwania:
87 minut

Zrecenzowano:
12.03.2006

          Dla Waltera Hilla, reżysera „Southern Comfort”, Louisiana to labirynt bez wyjścia, w którym zdawałoby się rządzą zupełnie odmienne prawa niż gdzie indziej. Dla Alana Parkera to przedsionek piekła, w który został zapędzony Harry Angel, świadek rytuałów na zawsze zmieniających jego życie. Dla Fulciego Louisiana to czyste piekło, gdzie dominuje nie ból i tortury, lecz samotność, konsekwentnie uwydatniana w każdym kadrze „Hotelu siedmiu bram”, aż do nieprawdopodobnego zakończenia. Utrzymana w tonacji Lovecrafta opowieść o hotelu, który „przewyższa pod względem potworności najwymyślniejsze spośród upiornych fantazji geniusza, który tak często mijał go nieświadomie, i pozostaje w tym samym miejscu jako mroczny symbol wszystkiego, co plugawe, potworne i złowrogie”.
          Przycupnięty w okolicach mokradeł motel staje się w 1927 roku areną makabrycznego samosądu dokonanego na pewnym malarzu. Jak się później okazuje budynek ten stoi na jednej z siedmiu bram piekła, a ów artysta znalazł do niej klucz. Niestety posądzony o czarnoksięstwo kończy swój żywot w posępnej piwnicy przeklętego domostwa, które po przeszło sześćdziesięciu laty znów zostaje otwarte, a wraz z nim brama Hadesu.
          Film rozpoczyna wspaniała sekwencja w kolorze sepii, sfilmowana przez nadwornego operatora Fulciego, Sergio Salvatiego, który mistrzowsko oświetlił plan. Uchwycona przez to atmosfera konsekwentnie ewoluuje przenikając całe dzieło, czyniąc obraz niezwykle atrakcyjnym od strony wizualnej. Praca kamery jeszcze bardziej niż w innych filmach Fulciego, potęguje uczucie odrealnienia, co widać w szczególności w scenach ukazujących wszędobylską samotność. Najlepszym przykładem jest sekwencja w szpitalu, gdy obok siedzącej w pustym korytarzu dziewczynki, sanitariusz przetacza niewyobrażalnie skrzypiący wózek z martwym ciałem. Mimo swej niewinności jest to moim zdaniem jedna z najbardziej przerażających scen w filmie. Chłodna i bezwzględna, biorąc pod uwagę wyraz twarzy pracownika szpitala, zdający się mówić - „wszyscy umieramy samotnie”. Sytuacja żywcem wyjęta z koszmarnego snu, którą Lucio Fulci wyraźnie się napawa i rozwija pod każdym względem w dalszych partiach horroru. Wystarczy zwrócić uwagę na fakt, że przez większość czasu bohaterowie tej opowieści zostają sami, nikt im nie towarzyszy, poza strachem. Wspomniana dziewczynka w korytarzu, nowa właścicielka hotelu na drodze przecinającej zatokę, nad którą nawet ptaki nie szybują. Pod koniec filmu wyobcowanie dwóch czołowych postaci jest, aż nadto widoczne, lecz dopiero wtedy wypowiedziane zostaje na głos. Puste ulice, pusty szpital po którym snuje się kilka żywych trupów, tak jakby piekło przenikało do naszego świata, jakby mieszały się wymiary. To jest właśnie odrealnienie i powód niespójności fabuły, którą wielu widzów i krytyków zarzuca „The Beyond”. Spotkałem się z twierdzeniami, iż historia „Hotelu siedmiu bram” to jedynie pretekst do ukazania wymyślnych scen gore, których przyznaję, w filmie nie brakuje. Jestem świadom wpadek i kilku niedociągnięć w obrazie Fulciego (przede wszystkim fakt, iż Louisiana leży poniżej poziomu morza, skutkiem czego stawiane tam budynki nie mają piwnic), lecz raźniej przychylam się do teorii, że owe sceny nie do końca podporządkowane fabule nie są błędem, a świadomym zabiegiem stylistycznym reżysera. Brak związku niektórych sekwencji z linią fabularną, która w pełni by je uzasadniała, uwydatnia ich niezależność, a nawet samotność, co podkreśla pesymistyczny nastrój filmu. To właśnie czyni z obrazu włoskiego mistrza dzieło jedyne w swoim rodzaju.
          Jednakże efekt nie do końca byłby tak doskonały, gdyby nie Fabio Frizzi i Giannetto De Rossi, stali współpracownicy Fulciego. Pierwszy był odpowiedzialny za muzykę, drugi charakteryzację, obydwoje przeszli samych siebie. Frizzi stworzył ilustrację muzyczną zbliżoną poziomem do „Miasta żywych trupów”, brzmiącą ciekawiej, ale za to mniej dramatycznie. Sięgnął po chóry, zarówno w męskim jak i żeńskim wydaniu i połączył je z ponurymi, elektronicznymi dźwiękami oraz klasyczną linią melodyczną, w której najsilniej zapamiętuje się fortepian. Maksymalnie spotęgowało to sceny grozy, które Giannetto De Rossi (nagrodzony w Sitges za pracę przy „Haute Tension”), przyozdobił wianuszkiem gore. Najchętniej kaleczonym narządem są oczy. Atakuje je palec, zardzewiały gwóźdź i pająki, gustujące także w innych miękkich częściach twarzy. Gwarantuję, że wiele z tych sekwencji może prześladować po nocach. Lista sprawdzonych współpracowników Fulciego nie kończy się jednak na sekcji technicznej. Pozostaje obsada, która po raz kolejny w tym gatunku spisała się przyzwoicie. Zmarły w 1997 roku David Warbeck („Formula for a Murder”), Cinzia Monreale („Sweet House of Horrors”), Giovanni De Nava („Dom przy cmentarzu”) oraz Catriona MacColl („Miasto żywych trupów”), która jako jedyna wypadła dość naiwnie. Sam Fulci pojawia się w epizodzie, jako sympatyczny bibliotekarz, natomiast w role umarłych z ostatniego ujęcia wcielili się opłacani alkoholem bezdomni.
          Jak wspomniałem we wstępie, całość została utrzymana w tonacji Lovecrafta. Warto więc wspomnieć o Księdze Eibon, która zapoczątkowała makabryczne wydarzenia, a której mit odpowiada cudownemu prologowi „Hotelu siedmiu bram”. Eibon był wielkim hyperborejskim czarnoksiężnikiem, synem Milaaba. „Posiadał potężny kryształ, za pomocą którego mógł porozumiewać się z czarodziejami z innych światów. Krążą legendy jakoby podróżował na Saturna i podążał za Shantakami w głębiny, gdzie spoczywa Tsathogguna. Wybudował dom z czarnych gnejsów w formie pentagonalnej wieży na płaskowyżu w północnej części Mhu Thulan. Za głoszenie herezji został pojmany i torturowany. Po ucieczce na Saturna ludzie znaleźli jego wieżę w ruinie. Pośród kamieni i kawałków murów znaleziono jego księgę, nazwaną potem Księgą Eibon.
          Można zatem zaryzykować stwierdzenie, że płótno pojawiające się w filmie przedstawia powierzchnię Saturna, choć nie wiadomo jak daleko reżyser tym mitem się inspirował. Interpretacji jest wiele, a Fulci celowo pozostawił kilka niedomówień, by pobudzić wyobraźnię, by zostawić nas z dziwnym uczuciem osamotnienia. Stare porzekadło głosi: „lepiej mieć koszmarny koniec niż koszmary bez końca”. W przypadku „The Beyond” najcudowniejsze jest to, że przez cały seans widz uświadamiany jest, iż prawdziwy koniec to niekończący się koszmar.

Ocena
6/6