DEAD AND BREAKFAST
(Dead and Breakfast)

Embalmer


Reżyseria:
Matthew Leutwyler

Scenariusz:
Matthew Leutwyler
Jun Tan
Billy Burke


Obsada:
Ever Carradine
David Carradine
Bianca Lawson
Erik Palladino
Gina Philips
Jeremy Sisto


Kraj:
USA

Rok produkcji:
2004

Czas trwania:
87 minut

Zrecenzowano:
22.01.2006

          Niełatwo jest nakręcić dobrą horror komedię, a już w szczególności taką, która w odpowiednio wyważony sposób połączy gore z czarnym humorem. Dawni mistrzowie owej formy tacy jak Sam Raimi („Evil Dead 2: Dead by Dawn”) oraz Peter Jackson („Braindead”, „Bad Taste”) stali się osobistościami w Hollywood, tak więc nie zanosi się specjalnie, aby jeszcze kiedykolwiek powrócili do swoich filmowych korzeni. Wielki sukces komercyjny odniosła natomiast brytyjska horror komedia o zombies „Shaun of the Dead” Edgara Wrighta i Simona Pegga. Wielu fanów horroru zwróciło także uwagę na „Dead and Breakfast” Matthew Leutwylera, o ile jednak „Shaun of the Dead” można uznać za komedię z elementami zombie horroru, to „Dead and Breakfast” jest po prostu filmem gore z dużą dawką akcentów humorystycznych.
          Fabuła przedstawia się nastepująco: szóstka przyjaciół podąża na ślub ich znajomej, niestety kierowca gubi drogę i niefortunni podróżnicy trafiają do malutkiego teksańskiego miasteczka Lovelock. Postanawiają spędzić noc w miejscowym Bed and Breakfast, którego właścicielem jest niejaki Wise (David Carradine). Nazajutrz nowo przybyli goście odkrywają zwłoki zamordowanego kucharza, a sam Wise umiera na zawał serca. Śledztwo w sprawie prowadzi lokalny szeryf, który nakazuje całej szóstce pozostać w Lovelock do czasu wyjaśnienia sprawy. Kiedy jeden z przyjaciół, Johnny, otwiera zagadkowe pudełeczko, z jego wnętrza wydostaje się złowroga siła i przemienia nieszczęśnika w zombie. Wkrótce całe miasteczko zostanie opanowane przez chodzące trupy, a pozostali przy życiu przyjaciele wraz z szeryfem i tajemniczym nieznajomym, który zdaje się wiedzieć dużo o tajemniczej "puszce Pandory", barykadują się w hoteliku. Rozpoczyna się krwawa walka o przetrwanie, wypełniona hukiem wystrzałów z rur i warkotem piły mechanicznej...
          Napisany przez Leutwylera scenariusz w żadnym wypadku nie jest głęboki, ale kto by się tym przejmował. „Dead and Breakfast” aż skrzy się od ironicznego humoru i dowcipu sytuacyjnego. Niektóre żarty przyprawiły mnie o wyśmienity nastrój np: tańcząca w takt żwawej muzyki country gromadka zmartwychwstańców (teledysk Michaela Jacksona „Thriller” się kłania). Zresztą nawiązań do klasyki grozy znajdziemy tutaj więcej – warto wyróżnić scenę, w której szeryf odnajduje w jednym z pomieszczeń hoteliku piłę mechaniczną, a na ścianie wisi sobie plakat „Evil Dead 2”. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że poczucie humoru każdego z oglądających bywa różne – to, co mnie rozbawiło, wcale nie musi rozbawić kogoś innego. W związku z powyższym w „Dead and Breakfast” roi się od żartów i komicznych sytuacji – niestety nie wszystkie do mnie trafiły, ale to akurat było do przewidzenia.
          Pomimo dużej dawki komizmu „Dead and Breakfast” zawiera wiele scen krwawej rzezi. Podszyte humorem wstawki powodują, iż nie obeznany w gatunku widz łatwiej jest w stanie zaakceptować wylewającą się z ekranu rzekę gore. W drugiej połowie filmu robi się naprawdę krwiście – zombies są szatkowane na kawałki piłą, dekapitowane, głowy truposzy eksplodują w fontannach krwi rozwalane wystrzałami z przerobionych na broń palną rur, itd. Tryskającej na wszelkie strony czerwieni nierzadko towarzyszą wyśpiewywane przez piosenkarza country Zacha Selwyna i co istotne całkiem zabawne zapowiedzi późniejszych wydarzeń. Nigdy nie przepadałem za muzyką country, bo od zawsze kojarzyła mi się z prowincjonalną nudą, ale numerów Zacha słucha się przyjemnie. Wśród obsady trzeba zwrócić uwagę na weterana aktorskiego fachu Davida Carradine’a w roli właściciela hoteliku, Jeremy’ego Sisto („May”, „Hideaway”, „Wrong Turn”), Oza Perkinsa (syna Anthony’ego Perkinsa, dla niezorientowanych niesławnego Normana Batesa z hitchcockowskiej „Psychozy”) oraz uroczą Ginę Philips („Jeepers Creepers”) jako Melody.
          Na koniec parę ciekawostek odnośnie filmu: „Dead and Breakfast” nakręcono w 18 dni i jak przystało na produkcję niezależną budżet był niski. Główną lokację stanowił ponad 100 letni dom wiktoriański, gdzie doszło kiedyś do niewyjaśnionego morderstwa i do dziś słychać w nim zagadkowe krzyki oraz stukania. Nie mam pojęcia, ile w tym prawdy, a ile bujdy, niemniej jednak komiczny horror Matthew Leutwylera nie raz wywołał uśmiech na mej twarzy. I to w zasadzie wystarczy, aby go zarekomendować spragnionym mocnych wrażeń fanom horroru.

Ocena
4/6