DEMON ZŁA
(Evil Toons)

LOBO


Reżyseria:
Fred Olen Ray

Scenariusz:
Fred Olen Ray

Obsada:
Monique Gabrielle
Suzanne Ager
Dick Miller
David Carradine
Madison Stone


Kraj:
USA

Rok produkcji:
1992

Czas trwania:
87 minut

Zrecenzowano:
07.02.2006

          Duże „balony”, krągłe „balony”, jędrne „balony”, falują po ekranie rozganiając nudę próbującą wkraść się w kolejne kadry tej przesiąkniętej nieudanym dowcipem opowieści. I jest to sposób wielce skuteczny, gdyż pomimo ociężałego tępa akcji zawsze jest nadzieja, że jakaś „parka” je pobudzi. Jednakże kino grozy nie polega wyłącznie na eksponowaniu kobiecego ciała, nawet, gdy tak, jak w przypadku „Evil Toons”, ukazane jest ono w komediowym stylu. Zbyt częste uciekanie się do tego sposobu może spowodować katastrofę, czego dowodem (choć może nie najlepszym) jest „Fantom Kiler”. Na szczęście horrorek Olena Ray’a trzyma asa w rękawie i zdecydowanie nie jest to kreacja Davida Carradine („Death Race 2000”), będąca delikatnie mówiąc, upośledzona aktorsko.
          Cztery atrakcyjne dziewczyny przyjmują zlecenie na wysprzątanie cieszącego się złą sławą domostwa. Jak to zwykle bywa w takich przypadkach praca odbywa się w weekend, pioruny rozrywają niebo, a na terenie posiadłości nie ma telefonu. Nadchodzi noc, po okolicy rozchodzi się dźwięk odbezpieczanych puszek z piwem, a chłopiec jednej z tymczasowych lokatorek, zaopatrzony już wcześniej w adres, mknie co sił, spragniony cielesnych uciech. Rezydencję odwiedza także nieznajomy, pozostawiając oprawioną w ludzką skórę księgę, przywodzącą na myśl legendarny „Necronomicon” z „Evil Dead”. Dziewczęta szybko się przekonają, że zgłębianie jej treści nie jest najmądrzejszym pomysłem na spędzenie sobotniego wieczoru.
          Główną atrakcją owego pseudo slashera jest kreskówkowy demon, przypominający nieco Taza z filmów rysunkowych wytwórni Warner Bros. Poziom animacji ani na moment nie dorównuje pamiętnemu „Kto wrobił Królika Rogera?”, lecz pomysłowość twórców rekompensuje w minimalnym stopniu wynikające z tego braki. Zboczony, toczący ślinę stwór potrafi rozbawić spełniając przy tym wszelkie kryteria kreskówkowych postaci, a nawet wychodząc niektórym naprzeciw. Wybałusza oczy, wywala jęzor, rozciąga swą twarz w zależności od emocji, które chce podkreślić, potrafi także zabłysnąć komplementem typu „fajne cycki”. Brakuje jedynie metamorfozy w okrętowy gwizdek i walenia się po głowie patelnią, jednak twórcy słusznie mogli uznać to za stary chwyt i porzucić. Niestety potworek szybko znika z ekranu pozostawiając po sobie pustkę, którą ciężko wypełnić. Aktorki czynią co w ich mocy by podtrzymać atrakcyjność fabuły, lecz ubogi talent sprawia, że efekt jest zupełnie odwrotny. Dużą odpowiedzialność ponosi za to scenarzysta Fred Olen Ray, ukrywający się w tym przypadku pod pseudonimem Sherman Scott. W jego opowieści nie wykrywa się większych luk, ale sporo sytuacji i dialogów silących się na dowcip, aż jęczy od wagi swego zadania. Czyni to z „Evil Toons” komediowy horrorek, w którym ciężko o humor i grozę, za to łatwo o nudę i idiotyzm. Co zatem pozostaje? Niewiele, kilka udanych sekwencji, ładnych biustów oraz Dick Miller, niedoceniony mistrz epizodów i dawny aktor Rogera Cormana („A Bucked of Blood”). W „Demonie zła” widzimy go między innymi w scenie, gdy siedząc przed telewizorem ogląda film z sobą w roli głównej. W pewnej chwili pełen niezadowolenia pyta sam siebie „dlaczego ten facet nigdy nie dostał Oscara?”. Z całej obsady to właśnie Miller wypada najlepiej. Carradine swą kreacją sięgnął dna aktorskich możliwości, które to pomogła mu wypełnić reszta obsady, żywo czerpiąc z niego przykład.
          Spoglądając z perspektywy całej filmografii Olena Ray’a, „Evil Toons” nie wypada najtragiczniej. O wiele większe katusze przeżywałem próbując w siebie wmusić jego „Deep Space” lub „Bad Girls from Mars”, które wszystkim stanowczo odradzam. Wyreżyserowany w osiem dni „Demon zła”, przyozdobiony dynamicznym muzycznym motywem przewodnim Chucka Cirino, jest jednak, pomimo kilku wykrytych plusów, obrazem prostym i nieciekawym. Adresowany głównie do wszystkich uwielbiających podziwiać talent Freda Olena Ray’a do męczenia widzów.

Ocena
2-/6