GWIAZDA HORRORU
(Frightmare)

LOBO


Reżyseria:
Norman Thaddeus Vane

Scenariusz:
Norman Thaddeus Vane

Obsada:
Ferdinand Mayne
Luca Bercovici
Nita Talbot
Jennifer Starrett
Jeffrey Combs


Kraj:
USA

Rok produkcji:
1983

Czas trwania:
86 minut

Zrecenzowano:
07.02.2006

          Conrad Radzoff, wielka i zarazem paskudnie rozkapryszona gwiazda horroru, zeszła ze sceny życia otoczona luksusem i milionami wielbicieli, których szeregi zasilali między innymi członkowie Horror Film Society. Rozbisurmaniona banda studentów gotowa urozmaicić sobie wolny czas najbardziej ekstremalnymi pomysłami. Mauzoleum aktora nie stanowi dla nich żadnej świętości, jego wnętrze staje się jedynie obietnicą dobrej zabawy. Młodzież wykrada ciało i urządza imprezę na wzór „Children Shouldn’t Play with Dead Things” Boba Clarka. Jednak zło nie śpi i powraca „stamtąd” by przelać krew.
          Lecz krew się nie leje. Nie licząc kilku pomysłowych scen gore, jak na przykład ta, w której znakomicie wypadł pewien kruk, w obrazie Vane’a leje się głównie niedorzeczność i nuda. Jednakże niesprawiedliwy byłbym podsumowując w ten sposób cały horror. Ów przeciętny slasher zawiera w sobie ziarno suspensu, które niestety plonu nie wydało oraz szereg zabawnych sekwencji składających się na porwanie trupa artysty i traktowaniem go jako żywej istoty. Scena kolacji w halloweenowych maskach, którą można odebrać jako parodię legendarnej sekwencji posiłku z „Teksańskiej masakry piłą łańcuchową” Hoopera, a także taniec z nieboszczykiem, wypadają znakomicie, ciesząc bardziej niźli trupie dowcipy w filmie Boba Clarka. Jest jednak między tymi obrazami znacząca różnica. „Children...” mimo nagromadzenia komediowych sekwencji nadal pozostaje horrorem, natomiast „Frightmare” znacznie bliżej pamiętnemu „Weekendowi u Berniego”. Niestety ten tor zostaje przez reżysera automatycznie porzucony i zamiast kontynuować komedię, z której prawdopodobnie wyszedłby zwycięsko, stara się on powrócić do pełnokrwistego kina grozy. W tym momencie można z czystym sumieniem wyłączyć telewizor, chyba, że miłośnicy posoki mają chęć obejrzeć wspomnianą wyżej scenę z krukiem, a przyznam, iż warto. Wdowa za namową medium przywołuje ducha męża, który w rytm przeraźliwego zawodzenia schodzi ze strychu gotowy czynić zło. I nagle widz zaczyna odnosić wrażenie, że reżyserowi odechciało się kontynuować projekt. Siada absolutnie wszystko. Atmosfera, humor, a drobinki suspensu rozpuszczają się całkowicie we mgle, którą twórcy namiętnie rozpylają po najgłębszych zakamarkach domostwa, będącego areną potwornych wydarzeń. Raz nawet widać urządzenie do jej rozdmuchiwania. Krótko mówiąc strona techniczna tego slashera jest koszmarna, a na czele owej mary stoi katastrofalny montaż, całkowicie uprzykrzający oglądanie. Fabuła jest postrzępiona, a dziury ją zdobiące wcale nie są wielkości kul armatnich, one pomieszczą całe armaty. Tworzy to nieprawdopodobne zmiany czasowe, napastujące horror Vane’a od momentu przebudzenia Radzoffa.
          Gdyby reżyser pociągnął wątek komediowy byłbym gotów z czystym sumieniem stwierdzić, iż postać Conrada Radzoffa to pastisz ról Christophera Lee. Niestety po seansie chylę się ku stwierdzeniu, iż sceny, które rozbudziły we mnie owo podejrzenie były jedynie przypadkiem. Odtwarzający główną postać, Ferdinand Mayne, naśladuje pewne stereotypy, lecz czyni to w sposób całkowicie mechaniczny, przez co jego rola zamiast bawić śmieszy. Podobnie Luca Bercovici („Parasite”) i Jennifer Starrett, corka Jacka Starretta, reżysera „Race with the Devil”, którzy swymi rolami dopełniają akt autodestrukcji zapoczątkowany przez reżysera. Tylko biedny Jeffrey Combs („Re-Animator”) stojący nieco w cieniu pozostałych postaci spisuje się przyzwoicie ratując w tym filmie większość kadrów, w których się pojawia.
          „Send them to the flames. Burn them. Burn them!” – wykrzykuje kipiąca nienawiścią wdowa po słynnym gwiazdorze, nakazując mu tym samym zemstę. Cóż, dziwna sprawa, gdyż to praktycznie od tego momentu „Frightmare”, występujące niekiedy pod tytułem „Horror Star”, staje się żenującą namiastką horroru. Czyżby zatem brzmiące w filmie niczym klątwa słowa, odbiły się na projekcie w rzeczywistości?

Ocena
2/6