DOM ŚMIERCI
(House of Death)

LOBO


Reżyseria:
David Nelson

Scenariusz:
Paul C. Elliott

Obsada:
Susan Kiger
Martin Tucker
William T.Hicks
Jennifer Chale
Jody King


Kraj:
USA

Rok produkcji:
1982

Czas trwania:
88 minut

Zrecenzowano:
10.01.2006

          Kolejne małe amerykańskie miasteczko z tłustym szeryfem dzielnie strzegącym panującego w nim spokoju spłynie strumieniem posoki, choć nie tak gęstym jak wielu maniaków gore by sobie tego życzyło. Gdy zapadnie zmierzch, a nad dachami wykwitnie srebrna tarcza księżyca, maczeta zmąci królującą wokół ciszę. Świerszcze przyczajone w trawie zagrają melodię śmierci, lecz nim to nastąpi przygotuj się drogi widzu do 50-minutowego wstępu usypiającego równie skutecznie, co solidna dawka relanium.
          Pierwszą rzeczą bijącą po oczach i to z siłą skórzanego pasa w filmach porno, jest aktorstwo. Przy poczynaniach obsady „Domu śmierci” nawet skrzekoczący w „Pile” Cary Elwes prezentuje się nieźle. Nic dziwnego skoro znaczna większość z nich to absolutni debiutanci. Podobnie z resztą jak scenarzysta, który pierwszy raz zabrał się do pisania i całe szczęście ostatni. Horror Nelsona sili się na dowcip, lecz skutki owych intelektualnych zmagań mających miejsce w umyśle scenarzysty są okropne. Traci się przez to całkowicie chęć oglądania. Jednak za każdym razem, gdy takowa chętka napada, w filmie coś zaiskrzy i do naszych umęczonych małżowin dociera udana kwestia. Proceder ten powtarza się przez pięćdziesiąt pierwszych minut, po których twórcy w końcu serwują odrobinę klimatu i kilka zgrabnych dekapitacji. Cóż z tego, gdy dialogi są tak drewniane, że aktorzy sami mają problem by je „rozgryźć” i należycie zinterpretować, a muzyka to zlepek wielokrotnie słyszanych melodii. Dee Barton, twórca ścieżek dźwiękowych do kilku obrazów z Clintem Eastwoodem, zdecydowanie nie zaszalał w tej kwestii. Jednakże pod tą całą stertą wpadek i niedociągnięć czai się motyw zdolny poprawić ogólną ocenę filmu, lecz nim o nim napomknę cofnę się do tych nieszczęsnych pięćdziesięciu minut by wprowadzić was w arkana tajemnicy „Domu śmierci”.
          Najnudniejsza część owego filmidła, czyli ogromny festyn, staje się niestety wypadkową dalszej akcji. To właśnie na nim spotyka się grupka miejscowej młodzieży by wspólnie umówić się na popijawę nad rzeką. Jednakże w toku przyjacielskiej pogawędki plan ewoluuje, dzięki czemu jego ostateczna wersja zakłada wycieczkę na cmentarz i klasyczne opowieści o duchach. Jak na razie wszystko brzmi płytko, tendencyjnie i w rzeczy samej takie właśnie jest, lecz pewien element wybija się z tego schematu by dać się zapamiętać na długo po seansie. To historia o maniaku przytoczona na pogrążonej w mroku nekropolii. Z początku tuzinkowa, pospolita, używająca oklepanych symboli opowiastka, która rozwija się z każdym zdaniem, buduje suspens, jakiego nikt by się w tym filmie nie spodziewał po „błyskotliwym” wstępie i w końcu zwala z nóg puentą. Zaraz po niej następuje szereg wypadków, w których namiętnie uczestniczy psychol z maczetą oraz pojawia się długo (bardzo długo) oczekiwany, tytułowy dom. Wiele ujęć z tej części horroru Davida Nelsona (znanego również pod tytułem „Death Screams”), wyraźnie wskazuje na inspiracje „Piątkiem 13-go”, lecz i tak nie jest to w stanie popsuć nagłego ożywienia przymierającej fabuły.
          Charles Mason powiedział, że „bezsens rodzi sens”, cóż, musi w tym coś być skoro finał „Domu śmierci” poprzedzony całą armadą jełopowatych sytuacji, jak choćby absurdalny mord na festynie, potrafi zaciekawić, a nawet zasiać ziarno suspensu. Niestety podobnie jak w przypadku „Zdławionego krzyku” scenarzysta obudził się za późno, a reżyser nie uczynił nic by ową drzemkę przerwać. Najśmieszniejsze jest to, że David Nelson, brat Ricky’ego Nelsona (pamięta go każdy, kto oglądał „Rio Bravo”), otrzymał gwiazdę na Walk of Fame. Hollywood potrafi zatem wybaczyć każdy kicz.

Ocena
2-/6