przedstawia



      Kilka uwag tytułem wstępu.

      Nim przejdę do właściwej części przeglądu, pozwolę sobie wtrącić kilka niezbędnych uwag. Przede wszystkim w przeglądzie brałem pod uwagę wyłącznie te filmy, które ukazały się na oficjalnym rynku w Polsce (w kinach bądź na dvd/video) w latach 2004/2005. Długo zastanawiałem się, czy nie zrobić podsumowania całościowego, które uwzględniłoby wszystkie ciekawsze produkcje gatunku, jakie ukazały się na świecie w ciągu ostatnich dwóch lat. Jednak projekt szybko okazał się zbyt ambitny, nie wspominając już o tym, że wiele filmów pozostaje ciągle nieosiągalnych, a bez niektórych całe podsumowanie stanęłoby pod znakiem zapytania.
      Ostateczna lista objęła 90 tytułów, nie licząc produkcji okołogatunkowych. Jednak o wielu filmach, którymi nie warto zawracać sobie głowy, nie wspomniałem nawet słowem. Z uwagi na wielkość tekstu postanowiłem go ostatecznie podzielić na dwie części. W tym tygodniu popływacie sobie między rozmaitymi tworami amerykańskiego mainstreamu, a za tydzień zapraszam na spotkanie z resztą świata, kinem niezależnym, filmami azjatyckimi i europejskimi, gatunkowym pograniczem i na zapoznanie się z wynikami naszego redakcyjnego plebiscytu :)
      Poniższy tekst nie ma charakteru podsumowania, możecie go potraktować raczej jako przewodnik po historii gatunku ostatnich dwóch lat, który (mam taką nadzieję) za jednym zamachem uzupełni wszystkie, powstałe w międzyczasie, luki (ha, już nikt nie stwierdzi, że nie idziemy z duchem czasu! :)
      Aha, jeśli rednacz nie wywali mnie w międzyczasie za puszczanie na stronę zbyt długich tekstów i tradycja przeglądu się przyjmie, to mogę obiecać Wam jedno: za rok tekst będzie krótszy :)
      Z tą myślą Was zostawiam i życzę inspirującej lektury.

      Sequele, prequele...

      Zgodnie z niepisaną zasadą: każdy dobrze sprzedający się horror doczekuje się kontynuacji, ostatnie lata oryginalnością nie grzeszyły. Sytuacja ta nie dziwi, biorąc pod uwagę, że praktycznie każdy dobrze reklamowany film grozy wspina się w Ameryce na szczyt box-office`u, a producenci dodatkowo wpadli w manię „otwartych rozwiązań akcji”, z góry zachowując sobie prawo do następnego epizodu. Doprowadziło to do tego, że z 39 filmów jakie się ukazały w Polsce w 2004 roku aż 17 opierało się na jakimś „pierwowzorze”. Rok 2005 zaprezentował się nieco lepiej, ale i tak nie zmienił faktu, że fale następujących po sobie sequeli stały się już symbolem aktualnej sytuacji gatunku, gdzie najmniejszy sukces wprzęga film w hollywoodzką maszynę do mielenia mięsa. I cóż z tego, że kolejne „Dracule”, „Hellraisery” i inne „Anakondy” mają gwarantowany marketingowy sukces, skoro ich poziom pozostawia wiele do życzenia. Tworzone pośpiesznie, przez szeregi niewprawnych rzemieślników, ograniczają się z reguły wyłącznie do bezmyślnego kopiowania pitchu, który zapewnił sukces oryginałowi. Hollywood sam wbija sobie gwóźdź do trumny, z czego zapewne nawet nie zdaje sobie sprawy. Jeśli dalej będzie uprawiał taką politykę jak obecnie („The Woods” Lucky McKee, już nakręcony, od dwóch lat czeka na to, by ujrzeć światło dzienne) za parę lat z przerażeniem stwierdzi, że nie ma już nawet czego kopiować. Nie ma co życzyć mu takiej pobudki i pozostaje nadzieja, że głęboki kryzys twórczy w jakim znalazło się amerykańskie kino mainstreamowe, poszukujące już inspiracji nawet poza własnym kontynentem, jest tylko chwilowym syndromem poszukiwania luki po wyczerpaniu się złotej żyły teen horrorów. Nie chcemy w końcu, wybierając się za parę lat do kina, móc wybierać tylko między remake`iem „Cannibal Holocaust” w wersji PG-13, „E.T. vs. Yodą”, czy „Piątkiem trzynastego 15: Jasona przygody w kosmosie”...
      Jednak spośród tego zalewu sequeli stawiających pod znakiem zapytania inteligencję widza, parę tytułów budziło nadzieję, że zdoła wznieść się ponad konwencję.
      „Resident Evil” Paula Andersona miał wyłącznie trzy zalety: muzykę Marco Beltrami, początkowe intro i finałowe kadry, długi zoom stopniowo dający perspektywę na całe Racoon City, ogarnięte już epidemią krwiożerczych zombie. Chwila reżyserskiego geniuszu Paula Andersona zadziałała i pierwsze co można było powiedzieć po seansie to: "Chcemy >>RE 2!!<<". Niestety, nazwisko Alexandra Witta nie pozwoliło długo na siebie czekać i jego „Resident Evil 2: Apokalipsa” pozbawił nas wszelkich złudzeń. Jednak z jednego przynajmniej względu film ten zasługuje na wzmiankę. Finałowa konfrontacja Milly „I wanna be a star” Jovovich z Nemezis to eskalacja groteski i bezguścia idąca tak daleko, że wykroczyć poza nią naprawdę trudno. Granice są jednak po to żeby je przekraczać, trzecia część już w drodze...
      Dużo lepiej z zadania wyszedł inny sequel z 2004 r., niedoceniony i bezlitośnie wygwizdany przez co zagorzalszych miłośników gatunku (grzEGOrz, jesteś tam? ;-) ) „Jeepers Creepers 2” („Smakosz 2”) Victora Salvy. Trudno się temu dziwić, po niezwykłej części pierwszej, która odrodziła obrośnięty kurzem podgatunek monster movie (po „Mutancie” Del Toro wielu straciło nadzieję, że to kiedykolwiek nastąpi) i przeniosła nas w zbrukaną posoką Amerykę lat 80-tych, gdzie miejsce Leatherface`a szalejącego z piłą mechaniczną zajął perwersyjny Creeper, taka wolta o 180 stopni mogła zrazić wielu. Oczekiwaliśmy, że Salva na dobre zatopi nas we własnych koszmarach, a postać skrzydlatego potwora nie odstąpi od nas na długie noce. Nic z tego, twórca „Zagadki Powdera” wziął sobie do serca producencką mantrę: „more monsters, more actions, more victims” i jego „Jeepers Creepers 2” kieruje sagę w nowe rejony: w czysty, pozbawiony zahamowań comic-book movie, gdzie miejsce ugrzecznionych chłopczyków z pelerynami na głowach zajmuje jeden z największych perwerów jakie kiedykolwiek widziała X muza: Creeper we własnej osobie! I cóż, zapomnijmy na chwilę o tej bandzie niedojrzałych nastolatków, na których Salva stanowczo zbyt często kieruje kamerę starając się przemycić do filmu jakieś podteksty gejowskie (dość nieudolnie, trzeba przyznać). Bo tak naprawdę Creeper ma tylko jednego konkurenta w swoim „one man show”. Jest nim charyzmatyczny Ray Wise, który rusza na swoją ojcowską vendettę z harpunem w ręku niczym pamiętny kapitan Ahab z „Moby Dicka”. I to scena ich konfrontacji pozostaje najdłużej w pamięci – z jednej strony Creeper na dachu autobusu ze skrzydłami rozpostartymi do lotu i otoczony świetlistą aureolą, z drugiej Ray Wise ze swoim harpunem gotowym do wystrzału. Nawet jeśli podczas projekcji będziecie musieli wprowadzić część swoich komórek mózgowych w stan uśpienia, poddajcie się temu bez wahania. Bowiem cóż z tego, że Salva nieco przytępił sobie pazur, skoro na naszych oczach wyrasta jedna z największych ikon bestiariusza współczesnego horroru.
      2005 rok rozpoczął się dla fanów fatalnie. Po wirtuozerskim, gotycko-punkowym „Blade 2” – wizualnym majstersztyku prosto spod ręki padre Del Toro, oczekiwania na finalną część trylogii o Daywalkerze znacznie wzrosły. Tym bardziej, że za reżyserię wziął się David S. Goyer, kinematograficzny ojciec Blade`a, ten sam, który najpierw przekonał studio New Line do wyłożenia pieniędzy na cały projekt, a następnie napisał scenariusze do wszystkich części trylogii. Pierwotna koncepcja ostatniego epizodu była zdumiewająca i przekonała do siebie nawet największych malkontentów. Film miał się rozgrywać w apokaliptycznej scenerii, gdzie wampiry, które zdobyły władzę nad światem polują na ludzkie niedobitki. Ta swobodna adaptacja „Jestem legendą” Richarda Mathesona miała wszelkie walory, by zapewnić Blade`owi iście królewskie pożegnanie. Nic z tego. Studio, które po gigantycznym sukcesie „Władcy pierścieni” zaczęło szukać nowych źródeł zysku, obcięło scenarzyście skrzydła i narzuciło mu realistyczną konwencję. Cóż, ale nawet ta opowieść o grupie wampirów-dandysów, którzy ożywiają legendarnego Drake`a (!), by wykorzystać jego potężne moce i zdobyć panowanie nad światem, zasługiwała na lepsze potraktowanie. Niestety, Goyer dostał w międzyczasie kuszącą propozycję od Christophera Nolana, który właśnie szykował ekranizację Batmana i cóż... przygotowywania projektu życia wygrały z kolejnym produkcyjniakiem. Nie jestem w stanie inaczej wytłumaczyć sobie całkowitej katastrofy „Blade: Trinity”, która dokonuje zwrotu w ewolucji komiksowych adaptacji do czasów „Spawna” i „Batmana i Robina”. Wystarczy powiedzieć, że Dracula jest tu opalonym bodybuilderem, Whistler w pojedynkę (!) dokonuje odstrzału całego oddziału S.W.A.T., a wampiry przypominają bandę nieopierzonych chłystków. A jeśli już pojawia się jakaś oryginalna koncepcja (odkrycie tożsamości Blade`a), to w podejrzany sposób znika w połowie filmu, jakby nigdy nic. Zaiste, zestaw pomysłów serwowanych nam przez Goyer jest godny pochwały. I moglibyśmy przeżyć kolejny denny film wampiryczny, gdzie bohaterowie straszą nas plastikowymi zębami. Moglibyśmy, gdyby nie tytułowa trójca, kolejna inwencja studia, które celując w nowe audytorium zaprosiło do współpracy Jessicę Albę i Ryana Reynoldsa. Poznajmy więc Hannibala Kinga i Abigail, dwóch członków grupy Nightstalkers wyćwiczonej przez Whistlera, a zarazem (niestety) nowych współpracowników Blade`a. Niknie tu gwiazda naszego ulubionego „bad-ass mother fuckera”, zamiast tego dają się we znaki głupkowate punchline`y Hannibala i nu rockowa muzyka, jaką puszcza na walkmanie Abigail nim przystąpi do masakrowania kolejnej rzeszy krwiopijców. Sam Snipes, jakby odzwierciedlając konflikt wszczęty na planie z reżyserem, karykaturuje samego siebie i zdaje się grać rolę starego tatusia, który krzywo patrzy na harce swoich podopiecznych. I cóż, tak kończy się saga… Kończy, bo wątpię, czy po takiej klęsce ktoś się odważy na kontynuację.
      W podobnym czasie na poboczach głównego nurtu, w skromnym wydaniu dvd ukazała się „Seed of Chucky” („Laleczka Chucky: Następne pokolenie”). Po pięciu latach development hell wywołanego niesławnymi wydarzeniami w szkole w Columbine, seria o naszej ulubionej laleczce o morderczych instynktach, szczęśliwie wróciła do łask producentów. Stanowisko po Ronnym Yu, który zachwycił nas swoją „Narzeczoną laleczki Chucky”, objął sam Don Mancini, scenarzysta wszystkich części cyklu. Och, jak kusi dokonanie w tym miejscu paraleli między „Seed of Chucky” a „Blade: Trinity”! Ale bez obaw, choć wiele łączy oba projekty, różnice szybko stają się widoczne aż nadto. I to począwszy od pierwszej sekwencji, w której Mancini w takt muzyki Pino Donaggio dokonuje błyskotliwego hommage`u dla Briana De Palmy. Scena snu - morderstwa pod prysznicem nakręconego z punktu widzenia kamery subiektywnej, jest tak doskonałym, czystym i delirycznym przetworzeniem „Stroju zabójcy”, że aż budzi się w widzu sentyment za przewrotnym, kontestatorskim duchem De Palmy, którego tak brakuje we współczesnym kinie. Ale nie ma się co martwić. Nawiązanie nie jest tu tylko przypadkowym mrugnięciem oka w kierunku widza, ale każe się nam nastroić na anarchistyczny klimat jaki będzie królował podczas całej projekcji. „Seed of Chucky” nie ma już nic wspólnego z opowieścią o laleczce zabójcy, która lubuje się w wyrzucaniu niań przez okno i wbijaniu noża w co się napatoczy, konwencja została wyczerpana już dawno. Nie, Mancini wziął lekcje u Ronny`ego Yu i przesunął granice pastiszu i zabawy ikonami pop-kultury jeszcze dalej. Tiffany, która postanawia zostać dobrą matką i chce uśpić w sobie żądzę krwi posiłkuje się poradnikiem do walki z nałogiem, obdzwania krewnych swoich dawnych ofiar przepraszając za dokonane zbrodnie, ale „to już przeszłość, teraz się leczę”; Chucky masturbujący się nad numerem „Fangorii” po tym jak został pobudzony seksualnie plastikowym biustem Tiffany; zepchnięcie z drogi samochodu pop-gwiazdki Britney S. w takt sławnego przeboju; wściekły Chucky, gdy odkrywa, że Mikołaj nie jest tym za kogo się podaje, morduje go z okrzykiem: „Czy masz jakiekolwiek pojęcie, jak to może komuś popierdolić w głowie?!”... Można wymieniać jeszcze długo, ale to właśnie te sceny, jak i liczne cameo i odwołania (John Waters, Ed Wood, Kubrick, Hitchcock...) stanowią istną esencję filmu, którą ogląda się w klimacie jarmarcznej zabawy, nieustannie balansującej na granicy dobrego smaku. Jeśli zmęczeni jesteście polityczną poprawnością, silikonem i konformizmem, to ten film jest dla Was stworzony! Na koniec oddajmy głos samemu Manciniemu: „chcieliśmy, żeby scenariusz sponiewierał wszystko, co stanowi podstawę amerykańskiego establishmentu. Myślę tu szczególnie o rodzinie. Próbowaliśmy wyciągnąć na wierzch trupy, które Amerykanie trzymają w swoich szafach. Pomiędzy wszechmocnymi reakcjonistami u władzy (sic!) i dewotami, którzy powrócili do Stanów Zjednoczonych, można naprawdę nabrać ochoty żeby się wyszaleć!” I któż by sobie jeszcze kilkanaście lat temu wyobrażał, że Chucky stanie się wkrótce emisariuszem amerykańskiej kontr-kultury!
      Takim kontestatorem z ducha był jeszcze kilkanaście lat temu George A. Romero, którego „trylogia żywych trupów” pozostanie dla wielu z nas dziełami kanonicznymi. Kto wie, jak wyglądałaby historia współczesnego horroru bez „Nocy” i „Świtu żywych trupów” – dwóch bezwzględnych i niekwestionowanych arcydzieł, które na jakiś czas podniosły rangę gatunku i wywarły wielki wpływ na kolejne pokolenia filmowców. Za obrazami bezwolnych i działających tylko na zasadzie instynktu zombie, odzwierciedlających uniwersalny lęk utraty człowieczeństwa i rozpadu ciała, udało się Romero przemycić doskonałe diagnozy społeczne i polityczne, które nic nie straciły na swojej aktualności.
      W czasie kiedy temperatura polityczna tężała z minuty na minutę, a do łask wrócili konserwatyści, z coraz większym napięciem oczekiwaliśmy na „Land of the Dead” („Ziemia żywych trupów”), który miał się stać kolejnym dziełem stygmatyzującym lęki współczesnego społeczeństwa. Sukces remake`u „Świtu żywych trupów” zapewnił Romero zielone światło i po 20 latach jakie minęły od premiery „Dnia…” ziściło się marzenie wielu fanów, kolejna część cyklu ujrzała światło dzienne. Cóż, rezultat okazał się znacznie poniżej oczekiwań, co stwierdził już grzEGOrz w swojej recenzji. Szkoda tym większa, że scenariusz zawierał parę naprawdę dobrych pomysłów, które można było wykorzystać ze znacznie większym powodzeniem. Bezwzględny Hopper jako papa Bush zamknięty w swojej szklanej wieży, który wykorzystuje atmosferę strachu, by bogacić się kosztem społeczeństwa... No ale cóż, Hopper znany ze swoich republikańskich poglądów wyczuł chyba konteksty, bo na ekranie co krok podkreśla sztuczność swojej postaci i z nieodmiennym grymasem na twarzy zdaje się pytać samego siebie: „co ja tutaj robię?”. Do aktorów Romero zresztą nigdy nie miał nosa, ale w „Ziemi…” przekroczył samego siebie. Do tego stopnia, że w połowie metrażu zaczynamy kibicować zombiakom, co by nie przerzedziły trochę naszej drętwej ekipy („ej, ej, ale od Asii to się odwalcie!”). Trudno skądinąd nie sympatyzować z umarlakami, poziom ich człowieczeństwa jest posunięty tak daleko, że miast strachu i obrzydzenia budzą w nas głęboko uśpione instynkty macierzyńskie. Wystarczy spojrzeć na Big Daddy, niepisanego przywódcę zombie, na widok którego aż łzy ciekną człowiekowi do oczu. Nasuwa się zatem pytanie zasadnicze: czy możemy w wypadku „Land of the Dead” mówić w ogóle o kinie zombie? Ja mam wątpliwości, w zamian proponuję rozpisać konkurs na nazwę nowego podgatunku filmowego („human-zombie”? „I-want-my-mummy-zombie”??). Czekam niecierpliwie na Wasze propozycje, najlepsze zamieścimy na stronie :) (tylko postarajcie się, bo nasz ulubiony specjalista od wszelkich podgatunków, Embalmer we własnej osobie, już gromadzi epitety!). A biorąc pod uwagę cukierkowaty happy end, w którym do pełni szczęścia brakuje tylko cheerleaderek wymachujących pomponami z muzyczką Armstronga w tle, kolejny etap „Romerowskiej” ewolucji przed nami (tak, tak, szykowana jest już część piąta!). Cóż, to ja już chyba wolę, żeby zombiaki wróciły skąd przyszły („when there is no more zombies on earth, the dead should return to hell”). A, i niech nie zapomną zabrać ze sobą Romero!
      By jakoś zamazać w Waszej pamięci ten przykry incydent przejdę bezpośrednio do Złotych Palm, czyli do krótkiej wzmianki o dwóch najlepszych filmów sequelowego przeglądu. „And the winner is...!”: „Ginger Snaps 2: Unleashed” („Zdjęcia Ginger 2”) Bretta Sullivana i „Ginger Snaps Back: The Begining” („Zdjęcia Ginger: Powrót”) Granta Harveya. Lions Gate (niedawno przemianowana na Lionsgate) wiedziało co robi sięgając po film Johna Fawcetta sprzed pięciu lat. Obserwując rosnący kult tego znakomitego dzieła, producenci zatrudnili młodych scenarzystów i reżyserów, by raz po raz, w ciągu paru zimowych miesięcy, nakręcić w Edmonton obie kontynuacje. I cóż, moi drodzy, na pytanie czy było warto, odpowiem bez żadnych wątpliwości: oby takich sequeli więcej! Szczególnie część druga, w której Emily Perkins (nadzwyczajna!) po prostu rozpiera swoją osobowością ekran, godna jest wszelkich zachwytów! Trzecia część, XIX w. re-wizyta „Ginger Snaps” opowiedziana w konwencji westernu może już wzbudzać więcej wątpliwości, skojarzenia z pierwowzorem i z „Drapieżcami” Antonii Bird są miejscami zbyt natrętne, ale nawet jeśli film pozostaje narracyjnie wtórny, to ogląda się go bez zmrużenia oka. Wspaniała jest konstatacja, że mit sióstr Fitzgerald pozostaje nadal żywy i inspirujący, a „Ginger Snaps” doczeka się nowego pokolenia admiratorów. „Ginger Snaps” przyszłym klasykiem? Wszystko się do tego sprowadza... Ze swojej strony odsyłam Was do znacznie bardziej wyczerpujących recenzji Embalmera.
      Tym samym żegnamy się z naszymi sequelami i zapraszamy na spotkanie z bratnimi duchem prequelami (tamtamy!)...
      „Egzorcysta: Początek” („Exorcist: The Beginning”) pozornie nie zasłużył nawet na wzmiankę. Bombastyczny film Renny Harlina, który miast pokłonić się klasykowi horroru satanistycznego, składa hołd kinu z ze swoją finalną sekwencją egzorcyzmów, po obejrzeniu której nawet twórcy „Strasznego filmu 2” mogą spurpurowieć z zazdrości! Oj nie, nawet szkoda czasu na znęcanie się nad tym monumentem kiczu, przy którym horrendalny „Egzorcysta II: Heretyk” może kandydować do miana opus magnum. Wspominam o filmie Harlina sprowokowany niecodzienną aurą, jaka towarzyszyła temu projektowi. Cofnijmy się w czasie... Zdjęcia do prequela „Egzorcysty” ruszyły w połowie 2002 roku. Film miał reżyserować John Frankenheimer, a do głównej roli zaangażowano Liama Neesona. Niestety, z powodu kłopotów zdrowotnych z projektu szybko wycofał się twórca „Cyrku straceńców” (jak się nieszczęśliwie miało okazać, zmarł miesiąc później). Ogłoszono przerwę w zdjęciach do września i Morgan Creek stanęło przed koniecznością wyboru nowego reżysera. Producenci zdecydowali się na Paula Schradera, którego fani gatunku pamiętają głównie z interesującego remake`u „Ludzi kotów” z 1982 r. Z projektem rozstał się także Liam Neeson, którego zastąpił Stellan Skarsgard. Schrader szczęśliwie zdjęcia ukończył i w lutym 2003 roku przedstawił gotowy materiał przedstawicielom studia. I tu, niespodziewany punkt zwrotny. Ku zdumieniu wszystkich, wersja filmu przedstawiona przez scenarzystę „Taksówkarza” została odrzucona! Powód oficjalny: „Problem z montażem Paula Schradera polega na tym, że nie koncentruje się wystarczająco na aspekcie psychologicznego horroru, w takim stopniu w jakim tego oczekiwaliśmy. Zawiera jednak interesujące motywy, które mogłyby zostać lepiej wykorzystane. Nakręcenie paru nowych scen znacznie poprawiłoby film”. Powód nieoficjalny: producenci oczekiwali taniej kopii „Egzorcysty” ze scenami lewitacji, egzorcyzmów, drgawek i skaczących łóżek. Schrader wolał nakręcić coś bardziej oryginalnego i skupił się na stronie psychologicznej scenariusza. Co jak co, ale tego to już producenci ścierpieć nie mogli. Nie skończyło się jednak na symbolicznych dokrętkach jak pierwotnie oczekiwano, ale zatrudniono nowego scenarzystę (Alexi Hawley w miejsce Caleb Carra) i reżysera (Renny`ego Harlina) i po raz pierwszy w całej, ponad stuletniej historii kina, nakręcono film od nowa! Cóż, jakie rezultaty, każdy widzi… Na szczęście Morgan Creek wydało w ubiegłym roku na dvd montaż Schradera pod tyt.: „Dominion: Prequel to the Exorcist” i obecnie każdy może porównać obie wersje i wydać własny werdykt. Szkoda, że po obejrzeniu nieudolnego filmu Harlina niewielu fanów się na to odważy…      
      Znacznie milszą niespodziankę sprawił „Ringu 0: Birthday” Norio Tsuruty. Po groteskowym „Ringu 2” i przegadanej „Spirali”, niewiele osób oczekiwało na kolejną odsłonę japońskiego cyklu. O dziwo, prequel wypadł nadzwyczaj dobrze. Choć nie zabrakło standardowych dla „Ringu” motywów, z którymi seria jest nieodłącznie kojarzona (długie, czarne włosy, studnie i inne przyjemności...), to filmowi Tsuruty daleko do bycia tanim rip-offem oryginału. Od pozostałych części odróżnia go przede wszystkim realistyczna, klasyczna konwencja i nałożenie na losy Sadako Yamamury kontekstów społecznych i moralnych. Historia Sadako w wydaniu Tsuruty przemienia się w niezwykłą, uniwersalną przypowieść o społecznym wykluczeniu i samotności (wybaczcie te wielkie słowa). Opowiedziana z hipnotycznym wdziękiem, tak charakterystycznym dla Japończyków, robi wrażenie właśnie przez pewien ascetyzm formy, przez leniwie płynącą narrację, która wydobywa na plan pierwszy cały dramat głównej bohaterki. A kiedy już postać Sadako zawładnie naszymi uczuciami na dobre, Tsuruta bezlitośnie naszą empatię wykorzystuje swoim bestialskim i przejmującym finałem. A że los młodej Japonki jest wam już znany? Nie łudźcie się, ta historia nikogo nie pozostawi obojętnym... Piękne zwieńczenie serii.

1 | 2

flagg