ZHONG GUI
(Zhong gui)

Mort


Reżyseria:
Yang Chuan

Scenariusz:
-

Obsada:
Man Biu Baak
Chi Hui Chuan
Norman Chu
San Nam Hung


Kraj:
Hong Kong

Rok produkcji:
1983

Czas trwania:
90 minut

Zrecenzowano:
21.02.2006

          W świecie horroru zdominowanym przez bladolice dziewczęta o kruczoczarnych włosach tudzież kolejne powalające bzdurnością amerykańskie produkcje jak najbardziej wskazanym jest cofnięcie się o kilka lat i odgrzebywanie z zatęchłych grobowców kinematografii pozycji, które niesłusznie zalegają jedynie w głowach zanurzonych po uszy fanów gatunku. Co prawda liczne perły można wyłowić w wielu miejscach, ale jak dla mnie prawdziwą żyłą złota okazał się Hong Kong. Właściwie każdy horror pochodzący z lat 70-tych i 80-tych to trudna do opisania podróż do krainy gore, dziwactw, okropieństw i magii, ale też nietuzinkowych pomysłów, kreatywności i wyśmienitego kina. Nie inaczej jest w przypadku słynnego "Seeding of a Ghost", jednego z klasyków tamtego okresu, pierwotnie pomyślanego jako zwieńczenie trylogii "Black Magic", choć ostatecznie zrealizowanego przez sławetną wytwórnię Braci Shaw jako oddzielny projekt.
          Ponętna Irene rozczarowana swoim małżeństwem z kierowcą taksówki ("To teraz taki nudziarz"), wdaje się w romans z bogatym hulaką o imieniu Anthony Fang. Pewnego wieczora, w trakcie przejażdżki samochodem, między kochankami dochodzi do kłótni. Rozzłoszczona kobieta wysiada na całkowitym odludziu i kategorycznie odmawia powrotu z Fang'iem. Pozostawiona sama sobie wkrótce napotyka na dwóch złoczyńców, którzy brutalnie się z nią zabawiają, gwałcą a potem doprowadzają do jej nieumyślnej śmierci. Kiedy o zdarzeniu dowiaduje się mąż zamordowanej, postanawia się okrutnie zemścić na oprawcach i w tym celu prosi potężnego czarownika o pomoc. Przy użyciu potężnych zaklęć zsyła na wszystkich trzech mężczyzn i ich rodziny nieszczęście, ból, cierpienie i śmierć. Kulminacyjnym punktem odwetu przy użyciu pradawnej magii będzie rytuał nazywany przez wtajemniczonych "Siewem ducha"...
          Kto raz zetknął się z obrazami grozy z Hong Kongu z lat 70-tych i 80-tych, jest świadom, jaki olbrzymi ładunek prawdziwego horroru niesie ze sobą to kino. Wydaje mi się, że filmowcy postawili sobie jasny cel by uczynić je naprawdę przerażającym i obrzydliwym doznaniem, takim na przeciwko którego będzie mogło stanąć jedynie nieliczne grono śmiałków, spragnionych mocnych wrażeń. I trzeba przyznać, że to im się w pełni udało. Co ciekawe potrafili to stworzyć uwzględniając przy tym reguły rządzące się filmem. I mimo że są to horrory szokujące, niejednokrotnie przekraczające granice dobrego smaku, porażające i wyzbyte humoru, to warto napisać, że nie jest to kino prostackie i banalne, co moim zdaniem, wyróżnia je od wielu współczesnych produkcji, których twórcy za wszelka cenę chcą osiągnąć ekstremum idąc drogą nierzadko skłaniającą się ku zwykłemu prymitywizmowi, co pokazał niedawny "Slaughtered Vomit Dolls". Ale przejdźmy do samego filmu.
          "Seeding of the Ghost" nie jest może aż tak powalający, zaskakujący i pokręcony jak inne, podobne mu filmy (wspomnieć wystarczy chociażby "The Rape After" czy "The Devil"), ale z pewnością jest jednym z tych obrazów, których łatwo się nie zapomina. Perwersyjny, krwawy, miejscami ohydny i odrażający, ocierający się o nekrofilię, i oczywiście z kilkoma scenami wymiotowania paskudztwem, doskonale wpisuje się w standardy kina tamtego nurtu (wiem, jak to brzmi, ale w tamtym okresie to właśnie takie elementy tworzyły podstawę dobrego horroru). Twórcy właściwie ani na chwilę nie pozwolą nam zapomnieć, że oglądamy dzieło z wytwórni Shaw Brothers w początku lat 80-tych! I tak, kiedy klątwa zostaje rzucona na jednego z dwóch łotrów odpowiedzialnych za śmierć dziewczyny, porzyga się on obrzydliwymi dżdżownicami, natomiast drugi zacznie konsumować mózg, myśląc, że zajada się kokosem. Nieśmiertelna pozostanie też z pewnością scena zapłodnienia Plazawy (wskrzeszonej zmarłej), w której lewitujące nadgniłe zwłoki kopulują z duszą jednego z zamordowanych łotrów. Efekty tego spółkowania będziemy mogli poznać w zdumiewającej końcówce filmu, kiedy dokona się ostatnia faza "Siewu Ducha"... A to z czym wtedy mamy do czynienia zadowoli wszystkich oczekujących po "Seeding..." udziwnień i krwawej jatki (nie chcę zdradzać za wiele, sami się przekonajcie). To między innymi te sceny powodują, że "Seeding...", pomimo kilku ułomności, co najmniej kilka razy Was zadziwi i wgniecie w fotel. Jestem co do tego szczerze przekonany, choć i tak nie jest to najlepsze, co ma do zaoferowania kino tamtego okresu.
          Jako przystało na horror z Hong Kongu lat 80-tych, "Seeding..." jest obrazem bardzo mrocznym, ciemnym i ponurym, choć trzeba przyznać, że chwilami nie odczuwa się tego aż tak bardzo. Duża część scen w pierwszych minutach filmu trochę niweluje ten nastrój - sceny miłosne czy pobyt podejrzanych na posterunku - który jednak na szczęście powraca ze zdwojoną siłą, gdy od roboty weźmie się czarownik. Duża część ujęć skąpana jest w chłodnym, niebieskim świetle, co daje bardzo dobry efekt, a klimat pogłębiają liczne sceny rytuałów, wielokrotnie recytowane inkantacje oraz ciekawe motywy muzyczne. Film Yang'a Chuan'a nie jest też pozbawiony sporej dawki erotyki, choć obecnej głównie w tej dość łagodnej formie ograniczającej się do golizny oraz tzw. scen łóżkowych. Oczywiście nie liczę tutaj gwałtu, którego w żaden sposób zaliczyć do erotyki się nie da - notabene ta scena (co ciekawe nie pokazana dosłownie) jest dość brutalna i pełna przemocy.
          Głównym zarzutem, jaki pozwolę sobie skierować pod adresem "Seeding of a Ghost" to zbyt powolne tempo akcji. Niestety, o ile w przypadku takiego np. "Centipede Horror" niespieszny rozwój wydarzeń nie był aż tak uciążliwy, o tyle w horrorze Yang'a Chuan'a w pewnym momencie dochodzimy do wniosku, że powoli zaczyna się nam udzielać znużenie. Zbyt rozbudowane sceny wspomnianego przesłuchania na posterunku nie mające większego znaczenia dla fabuły, sceny walk pomiędzy mężczyznami czy rozwlekane zawiązanie romansu przez parę kochanków wydają się być tylko zbędnym zapełnieniem taśmy. Już lepiej trzeba było poświęcić więcej miejsca na próby ożywienia niektórych postaci, bo akurat to zdecydowanie wyszło by filmowi na dobre. A tak odnoszę wrażenie, że tę możliwość wykorzystano zaledwie częściowo: taksówkarz, który wydaje nam się być uosobieniem dobrego człowieka w pewnym momencie zatraca się w swojej zemście, przez co staje się bohaterem niejednoznacznym. Ciekawie się to prezentuje chociażby w kontekście pozostałych filmów tego okresu, gdzie głównym motorem wydarzeń jest właśnie odwet za doznane krzywdy. Również niektóre serwowane przez twórców pomysły nie znalazły mojego uznania. Wylewająca toaleta, czy też medium z przepaską na której widnieje swastyka (?), to były raczej, posługując się przez chwilę językiem komentatorów sportowych, "niecelne trafienia". Aktorstwo stoi na dość mizernym poziomie, ale to nie jest mocna strona żadnego z horrorów tamtego okresu. Nie jest to jakaś większa przeszkoda, przynajmniej jak dla mnie, choć w pewnych momentach można było wykazać minimum zaangażowania - Norman Chu w scenie miłosnej to taka łamaga i sztywniak, że aż zęby same zgrzytają.
          Długo czekałem, żeby obejrzeć ten kawał niepospolitego kina (swego czasu "Seeding..." znajdował się na miejscu trzecim w piątce najbardziej pożądanych horrorów), dlatego może moje oczekiwania były zbyt wygórowane. Stąd pewien niedosyt po zakończeniu projekcji, który znajduje odbicie w tej recenzji. Warto jednak podkreślić, że gdy w pierwszych minutach filmu słyszymy padające z ust czarownika złowieszcze ostrzeżenie "Nie jest dobrze, gdy natykasz się na czarną magię", będące niechybną zapowiedzią fatalnych wydarzeń, z którymi przyjdzie się zmierzyć bohaterowi filmu, to dla widza będzie to wskazówka, że za chwilę doświadczy niezwykłych przeżyć i doskonałego horroru, który niestety w takiej formie już nigdy nie powróci.

Ocena
4/6