LA DOLCE CASA DEGLI ORRORI
(La Dolce casa degli orrori)

Mort


Reżyseria:
Lucio Fulci

Scenariusz:
Lucio Fulci
Gigliola Battaglini
Vincenzo Mannino


Obsada:
Jean-Christophe Brétigniere
Cinzia Monreale
Lubka Cibulova
Lino Salemme


Kraj:
Włochy

Rok produkcji:
1989

Czas trwania:
82 minuty

Zrecenzowano:
12.03.2006

          "...when I try to imagine the impossible,
          I would like to return to childhood.
          Only children can reach the impossible..."

            - Nathaniel Hawthorne

          Czyżby jakieś rozżalenie przemawiało przez Fulci'ego, że zdecydował się umieścić ten cytat na początku swojego filmu? Nie, chyba nie. To tylko zapowiedź tego, z czym się zetkniemy przy okazji "The Sweet House of Horrors", jednego z dwóch filmów zrealizowanych przez włoskiego reżysera dla telewizji w ramach serii "House of Doom" (drugi to "House of Clocks", pozostałe zrealizował Umberto Lenzi - "House of Lost Souls", "House of Witchcraft").
          Zamaskowany złodziej wkrada się do pewnego mieszkania, ale zostaje nakryty przez gospodarzy. Intruz brutalnie ich morduje, po czym pozbywa się ciał pozorując wypadek samochodowy. Po tragedii osieroconą dwójką dzieci zajmuje się ich wujostwo, które wkrótce przekonuje się, że nie są one takimi aniołkami. Nie zdaje sobie również sprawy, że zamordowani rodzice wykorzystując swoje pociechy będą się starali wykryć tożsamość ich mordercy i nie dopuścić do sprzedaży domu. W ponurym domu zaczynają mieć miejsce wstrząsające wydarzenia.
          Wstrząsające to słowo trochę na wyrost w stosunku do "słodkiego domu grozy", w którym akurat o przerażające, budzące strach elementy dość trudno. Wbrew tytułowi zresztą, który może wprowadzić w błąd wielu fanów gatunku, nie wspominając już o zwolennikach twórczości Fulci'ego. Bo w "The Sweet House of Horrors" zaledwie kilkanaście początkowych minut wydaje się być prawdziwym horrorem. Złodziej, który wkrada się na teren domu rozprawia się z parą w sposób iście brutalny (a przypomnijmy, że to film zrealizowany dla TV) - w rozłupanej głowie mężczyzny oraz zmasakrowanej twarzy kobiety wielbiciele gore a la Fulci odnajdą dla siebie pożywkę, której mogli kosztować bez skrępowania przy okazji wcześniejszych filmów Lucio. Tej naprawdę brutalnej, krwawej i dość dynamicznie zrealizowanej scenie towarzyszy pierwszorzędna muzyka Vince'a Tempery, autora kapitalnego motywu pochodzącego z innego filmu Fulci'ego "Seven Notes in Black". Poznać po tym klasę i profesjonalizm kompozytora, który nawet do tak kiepskiego filmu wyczarował kilka pięknych dźwięków. Na marginesie trzeba dodać, że oprawa muzyczna jest jednym z najmocniejszych punktów całego filmu.
          Obiecujący początek mimowolnie nasuwa pytanie: czemu ten film jest uważany przez wiele osób za najsłabszy z serii i jednocześnie jeden z najgorszych w filmografii Fulci'ego. Nie pozostawiająca złudzeń odpowiedź przychodzi po zaledwie kilku minutach: najpierw jedyną klimatyczną scenę w filmie (za wyjątkiem pewnych początkowych ujęć skradającego się w mroku złodzieja) psuje szyderstwo z widza przy użyciu tandetnego rekwizytu, potem nadchodzi zalew takich samych, dodatkowo budzących śmiech, efektów specjalnych (latające płomyki, niebieska smuga, roztapiająca się ręka). Od tej pory "The Sweet House of Horrors" zmienia się w tanią, bezkrwawą i pozbawioną jakiejkolwiek atmosfery opowiastkę, która aż do samego końca będzie męczyć widza swoją nieporadnością oraz przewlekłą i porażająca nudą. To żałosne widowisko zostanie również przesiąknięte dość poważnie głupimi pomysłami (lewitujący samochód, dzieciaki w maskach odprawiające rytuał) oraz infantylizmem, którego kulminacją jest kuriozalna scena z buldożerem, który zaczyna "wariować", kiedy ma się zacząć niszczenie "słodkiego domu grozy". Sugerowanie widzowi, że ma do czynienia ze swego rodzaju bajką dla dorosłych (choć trzeba to traktować bardzo umownie), w której dzieci są zdolne nawet do przywrócenia rodziców z zaświatów, nie uzasadnia pokazywania na ekranie kiczu i bzdur. Irytujące postaci na czele z Vernon'em Dobtcheff'em w roli egzorcysty, który wygląda jak szpieg z krainy deszczowców dopełniają reszty.
          Niektóre charakterystyczne motywy dla twórczości Fulci'ego, takie jak obsesja na punkcie oczu (początkowa scena gore, w której po ciosie w twarz gałka dosłownie wyskakuje w oczodołu), motyw dzieci w kontekście ich kontaktów z siłami nadprzyrodzonymi ("Manhattan Baby", "House by the Cemetery"), czy oryginalne zastosowanie subiektywnej kamery (z perspektywy dziecka, które idzie na pogrzeb rodziców i jest np. głaskane po głowie), są oczywiście zauważalne, ale nie zmienia to faktu, że to tylko drobnostki, które nie decydują o odbiorze całości. "The Sweet House of Horrors" nie ratuje nawet obecność takiej aktorki jak Cinzia Monreale, znanej fanom gatunku z ról w niepodwarzalnych klasykach włoskiego horroru: "The Beyond" Fulci'ego oraz "Buio Omega" Joe D'Amato.
          Nie udał się kompletnie Fulci'emu ten film. Chyba za bardzo wziął sobie do serca ideę powrotu do czasów dziecięcych - i wyszło to, co wyszło: kiczowata baja dla zdziecinniałych dorosłych. Szkoda, że nie zdecydował się ponownie wrócić np. do tzw. korzeni, mogłaby to być o wiele bardziej interesująca podróż. Trudno, "The Sweet House of Horrors" będzie się kurzył na półce wraz z innymi mniej udanymi filmami włoskiego mistrza z tamtego okresu.

Ocena
2-/6