TORCHED
(Torched)

grzEGOrz


Reżyseria:
Ryan Nicholson

Scenariusz:
Vince D'Amato

Obsada:
Michelle Boback
Daniel Lomas
Tamara Pender
Ryan Haneman


Kraj:
USA

Rok produkcji:
2004

Czas trwania:
44 minut

Zrecenzowano:
17.04.2005

          Kto nie lubi być miło zaskakiwany? "Torched" wpadło mi w ręce całkiem przypadkiem i zasiadając do projekcji nie wiedziałem o tym filmie zupełnie nic. Co więcej, początek nie zachęcał do wytrwania aż po napisy końcowe, choć obraz ten trwa niecałe trzy kwadranse. Jednak dzieło Ryana Nicholsona po raczej mało obiecującym początku nabiera rozpędu, by w finale przerodzić się w wizualnie poruszającą orgię krwi i zniszczenia. Mamy tu bowiem do czynienia z filmem z gatunku "rape and revenge". W przeciwieństwie jednak do opisywanego w dzisiejszej aktualizacji przez Embalmera "Senketsu No Kizuna" Daisuke Yamanouchiego, które jest nudne, tandetne i koszmarnie wykonane, "Torched" potrafi przykuć widza do ekranu i porządnie nim potrząsnąć.
          Młoda dziewczyna, która pracuje jako pielęgniarka w szpitalu, zostaje brutalnie zgwałcona, kiedy wysiada z windy. Zamaskowany napastnik zostawia ją na podłodze dźwigu, ale w zamieszaniu zapomina elektrycznego paralizatora, którym obezwładnił swoją ofiarę. Deanna mimo obrzydzenia, poczucia krzywdy i złości próbuje jakoś poukładać sobie życie. Dla bezpieczeństwa śpi mając pod ręką paralizator należący do swojego oprawcy. Jak się okazuje już następnego dnia jest to bardzo przydatne urządzenie, gdyż gwałciciel nachodzi ją ponownie - w jej własnym domu! Tym razem jednak role się odwracają - dzięki porażeniu prądem przeciwnika Deannie udaje się zyskać przewagę i wkrótce mężczyzna leży na podłodze nagi i związany niczym baleron na święta. Pobiera mu próbkę krwi i zanosi do szpitala, w którym pracuje, aby porównać DNA z wymazem z pochwy (wybaczmy scenarzyście te dziwactwa!). Jej podejrzenia sprawdzają się - to jej chłopak jest gwałcicielem! Ale nic nie jest tak proste, jak się z początku wydaje...
          Początek naprawdę nie zachęca. Scena gwałtu, która stanowi zawiązanie akcji, jest zrobiona nijako, przywodzi na myśl najbardziej amatorskie produkcje klasy Z. Koszmar psychiczny jakiego doświadcza Deanna w wyniku brutalnego ataku jest wizualnym koszmarem dla widza. Bynajmniej nie dlatego, że gra aktorska jest tak znakomita. No, ale przecież tego produkcji nie ogląda się w celu znalezienia prawdy psychologicznej czy wiarygodnych kreacji aktorskich. Nazwa "rape & revenge" najdobitniej określa czego można i należy się spodziewać. O ile z pierwszego członu tej nazwy twórcy wywiązali się cokolwiek słabo, to w temacie zemsty mają już więcej do powiedzenia. Naprawdę wiele więcej...
          Jeśli ktoś uważa, że scena odgryzienia penisa w "Last House On The Left", lub odcięcie wzmiankowanego narządu w "I Spit On Your Grave", to obrazy drastyczne i szokujące, to "Torched" będzie dwunastką w dziesięciopunktowej skali. Może zadziałał psychologiczny mechanizm wyparcia drastycznych treści, ale nie pamiętam, żebym kiedykolwiek widział w filmie gatunkowym wbijanie igieł w męskie przyrodzenie! I to pokazane z naturalistyczną dokładnością i w pełnych zbliżeniach. Albo przypalanie jąder palnikiem acetylenowym - również pokazane z bliska i w szczegółach! No właśnie - ta przerysowana i przekombinowana nieco dosłowność i dosadność... Sam nie wiem czy to zaleta czy wada. Kiedy Craven i Zarchi kręcili swoje filmy nie do pomyślenia była taka dokładność odwzorowania tortur. Ale jestem przekonany, że gdyby mieli zrealizować je dzisiaj, na pewno nie zdecydowaliby się na drogę, jaką obrał Ryan Nicholson. Bo skupienie się tylko i wyłącznie na efektach gore zabija pozaszokowy wymiar filmu, odbiera wiarygodność scenom i niweluje psychologiczną głębię (no dobra, o ile w filmach "r&r;" można mówić o głębi) postaci. "Torched" jest zrealizowane w duchu zupełnie innej filozofii filmu gore, niż jego dwa kultowe poprzedniki. A może po prostu świadczy o niedostatkach scenarzysty jak i reżysera. Nie wiem do końca. Ale jedno wiem na pewno, jako "gore fest" ten krótki metraż sprawdza się świetnie! Oprócz wymienionych już scen, spragniony widoku krwi widz dostaje jeszcze między innymi dekapitację za pomocą piły tarczowej, wbicie zapalniczki samochodowej w oczodół i kilka równie przyjemnych patentów. Za bardzo udany pomysł uważam również scenę, gdzie Deanna przyprowadza narkomana do swojego apartamentu, aby zgwałcił jej prześladowcę. A co! "Kto tarana używa, od tarana obrywa!" jak brzmiało wojenne zawołanie w jednym z zeszytów "Kajka i Kokosza". Takie wywracanie schematów i rebelianckie myślenie o wzorach kulturowych i filmowych podnosi wartość filmu w moich oczach.
          Końcówka filmu, kiedy Deanna wpada w morderczy szał, jest zrealizowana o niebo lepiej niż marny początek. Zdjęcia nabierają wyrazistości, są bardziej drapieżne, hipnotyczne, niemal malarskie. Kadry są przemyślane i sugestywne. Deanna skąpana w krwi swoich ofiar wygląda jednocześnie makabrycznie i urzekająco. Na końcu chciałbym jeszcze wspomnieć o soundtracku. Nie jestem fanem ścieżek dźwiękowych, które układane są z piosenek. Po pierwsze, nic nie zastąpi muzyki skomponowanej specjalnie do potrzeb filmu. Tylko w taki sposób udaje się osiągnąć idealne współgranie obrazu u dźwięku, wzajemne uzupełnianie się przy budowaniu atmosfery. Po drugie, w horrorach, jako filmach raczej młodzieżowych z natury (choć oczywiście istnieje multum wyjątków), przeważnie jako podkład muzyczny funkcjonują kawałki kapel aktualnie słuchanych przez rzeczoną młodzież. W amerykańskich slasherach lat osiemdziesiątych było to koszmarne disko-pop, a obecnie w co drugim "filmie z dreszczykiem" rozbrzmiewa upiornie tandetny i tandetnie upiorny nu-metal. Nigdy nie przepadałem ani za jednym gatunkiem ani za drugim. Ale "Torched" nie jest komercyjną papką z Hollywood i nie jest "młodzieżowy". Co za tym idzie, na ścieżce dźwiękowej wykorzystano utwory Macabre i Necrophagii z jednej strony, oraz Necro i Ill Billa z drugiej. Powinno to zelektryzować fanów horror rapu jak i miłośników bardziej ekstremalnego metalowego łojenia.
          Jak więc wspomniałem na początku, film Ryana Nicholsona to naprawdę miłe zaskoczenie. Porządnie zrealizowane gore, które próbuje nieco przewietrzyć zastałą formułę filmu "rape & revenge" (obejrzyjcie, a zrozumiecie co mam na myśli). Krwawe, brudne i niepokorne - oby więcej takich niespodzianek!

Ocena
4+/6