ZOMBI 2
(Zombi 2)

flagg


Reżyseria:
Lucio Fulci

Scenariusz:
Elisa Briganti
Dardano Sacchetti


Obsada:
Tisa Farrow
Ian McCulloch
Richard Johnson
Al Cliver


Kraj:
Włochy

Rok produkcji:
1979

Czas trwania:
91 minut

Zrecenzowano:
13.03.2006

          Dla jednych kinematografia włoska lat 70-tych i 80-tych to epoka triumfalnego pochodu kina gatunku, dla drugich czas jej krańcowego oportunizmu. Włoscy producenci, jak nikt inny w tamtych latach, ulegali zagranicznym trendom w stopniu, który przyprawiłby o ból głowy co bardziej wrażliwych kinomanów. Ekrany zalewane plagiatami, kopiami w ilościach dziesiętnych, to na Półwyspie Apenińskim coś najzupełniej normalnego. „Błękitna laguna” cieszy się powodzeniem? Proszę, Włosi odpowiedzieli szybko „Incontro nell`Ultimo Paradiso” Lenziego. „Autostopowicz”? „Paura Nel Buio” tego samego. „Piątek trzynastego”? „Body Count” Deodato. „Rocky”? „Uppercut Man” Sergio Martino. „Patrick”? „Patrick Vive Ancora” Mario Landi. „Szczęki”? „Tentacoli” Ovidio Assonitisa. „Mad Max”? „Bronx Warriors” Castellariego. „Egzorcysta”? „La Casa Dell`Esorcismo” Bavy. Itd., itd. … Trudno się zatem dziwić, że pierwsze co zrobił Fabrizio De Angelis po wyjściu z projekcji „Świtu żywych trupów” Romero (w Europie znany jako „Zombie”, tytuł odnosi się do montażu Daria Argento), to zatelefonował do swojego starego przyjaciela Enzo G. Castellariego z propozycją nie do odrzucenia: „Signore Castellari? Vuoi girare >>Zombie<< all`Italiana?”. Niedoszły twórca „Zombie 2” nie zwlekał z odpowiedzią: „Questa merda? No! Basta! Basta!”. Fabrizio nie dał jednak za wygraną. Wyciągnął z szuflady zakurzony scenariusz wielkiego Dardano Sacchetti i Elisy Briganti, i zwrócił się do mało wówczas znanego reżysera, Lucio Fulciego. Z perspektywy czasu można dodać tylko jedno: trudno sobie wyobrazić lepszy wybór.
          Dziś fani horroru z niekłamanym podziwem wracają do pierwszych filmów późniejszego twórcy „The Beyond”. Już w „A Lizard in a Woman`s Skin”, „Don`t Torture a Duckling” czy w „Perversion Story” widać rękę późniejszego „poety gore”. Jednak w swoim czasie, wszystkie te filmy przeszły bez większego echa, a samego Fulciego stawiano w jednym szeregu z innymi, zapomnianymi dziś wyrobnikami. Traktowano go jako ot, typowego rzemieślnika, kręcącego wszystko, na co akurat jest zapotrzebowanie, od rozbuchanych dramatów kostiumowych, na popularnych westernach skończywszy. Propozycja nakręcenia „Zombie 2”, rzekomej kontynuacji arcydzieła padre Romero, stała się dla Fulciego ogromną szansą, której grzech było nie wykorzystać. Szansą na wyjście z kordonu jemu podobnych filmowców klasy B i na awans do szeregów „przedniej straży” włoskiego horroru, który w tamtym czasie przeżywał swoje „złote lata”. I bez żadnych wątpliwości, Fulci wykorzystał ją w pełni.
          Tymczasem scenariusz tandemu Sacchetti/Briganti, specyficzne połączenie filmów Romero i „Wędrowałam z zombie” Tourneura, żadnych rewolucji nie zapowiadał. Straż patrolująca nowojorskie wybrzeże natyka się na opuszczony jacht dryfujący w zatoce. Opuszczony pozornie, bowiem niczym pamiętny z „Nosferatu” statek Demeter, i ten skrywa pod pokładem niechcianego członka załogi. Krwiożercze zombie, które wyczuwając zapach ludzkiego mięsa, rzuci się na szyję jednego z członków patrolu i rozerwie mu gardło zalewając przy tym ekran bryzgami świeżej posoki. I choć zombie zostaje w końcu unieszkodliwione, o aferze prędko dowiaduje się jedna z miejscowych gazet i postanawia wysłać dziennikarza Petera Westa, by gruntowniej przebadał sprawę. W sukurs przyjdzie mu Anne Bools, córka właściciela jachtu, nie mająca od miesięcy kontaktu z ojcem. Wszystkie tropy prowadzą ich na wyspę Natool, gdzie doktor Menard próbuje odkryć lek na tajemniczą chorobę ogarniającą coraz większe połacie wyspy. Nie ma wątpliwości, że tej wyprawy w otchłanie karaibskich Antyli, para Nowojorczyków już nie zapomni.
          Scenariuszowy pitch, który inny reżyser przerobiłby na kolejny, sympatyczny, ale mało znaczący ersatz „Świtu żywych trupów”, dla Fulciego stanowił tylko pretekst. Pozostawiając na uboczu konteksty społeczne i polityczne, które po arcydziełach Romero związały się niejako z zombie-movie, włoski reżyser podszedł do podgatunku od zupełnie innej strony. Zapowiada to już pierwsza scena, w której doktor Menard celuje z pistoletu w stronę publiczności. Choć zapewne będzie to nadinterpretacja, można to potraktować jako odwołanie do „Napadu na ekspres” Portera, bodaj pierwszego amerykańskiego filmu, który traktował kino wyłącznie jako spektakl mający odwoływać się do zmysłów i emocji widowni.
          I tej wizji kina jako spektaklu, Fulci ani razu nie przeciwstawi się aż do końca projekcji. Zapomnijmy więc o pełnym niejasności scenariuszu, o irytujących dialogach i rolach aktorskich, do których nie należy przywiązywać większej wagi (czy poza scenami z rekinem w „wykonaniu” Auretty Gay i z okiem Olgi Kalatos, pamiętacie jakieś inne „aktorskie kreacje”?), w „Zombie 2” liczy się przede wszystkim parę scen rozsianych na przestrzeni całego filmu. Scen, które z miejsca przejdą do historii gatunku, a wkrótce staną się znakiem markowym mistrza Fulciego, przez wielu słusznie nazywanego „poetą kina gore”. Lucio wykorzysta błyskotliwy muzyczny theme Fabio Frizziego i fakt, że w kręceniu filmu uczestniczył wielki Giannetto De Rossi, by wypełnić swój główny cel, jakim było doprowadzenie scen gore do granic filmowego oniryzmu (granic, które notabene jeszcze przekroczy w swoich trzech późniejszych zombie-movie).
          Mylą się ci widzowie, którzy mówią o „Zombie 2” i o późniejszych filmowych ekscesach Włocha jako o dziełach „obrzydliwych”, „nihilistycznych” czy „brudnych”… Wprost przeciwnie. Choć filmy Fulciego wielu wrażliwych widzów mogą z pewnością szokować, to nade wszystko należy traktować Włocha jako mistrza obrazu, malarza komponującego poszczególne kadry, które publika chłonie jak urzeczona. Początkowa, znakomicie skomponowana scena na statku; podwodna walka zombie z rekinem (pomysł skądinąd szaleńczy!); moment, w którym szczapy drewna przebijają oko Paoli Menard; zombie powstające z grobów na cmentarzu konkwistadorów (i ta unosząca się kamera, z której powoli osuwają się drobiny ziemi!); ujęcie z żabiej perspektywy na jednej z wąskich uliczek Natool, na pierwszym planie przez drogę powoli przechodzi krab, w tle widać kroczącą sylwetkę żywego trupa; końcowa scena... Wybrałem tylko parę najbardziej charakterystycznych momentów filmu Fulciego, kilka scen kluczy doprowadzających widza do granic celuloidowej magii, jednak i tak nie wyczerpują one bogatego repertuaru Włocha. Trudno się dziwić, że takie podejście do filmowego obrazu wpłynęło na całe następne pokolenia reżyserów, którzy wielokrotnie mieli później składać mistrzowi swój hommage (aż po „The Descent” czy „Hostel”). Fulci wyłamuje się bowiem z konwencji kina zombie, którą często przyduszeni są reżyserzy i nie ogranicza się do szokowania-dla-samego-szokowania, do czego wielokrotnie ograniczali się kontynuatorzy dokonań twórcy „The Beyond”. Zamiast tego poddaje się wodzom wyobraźni i powoli, niemal z namaszczeniem celebruje bliskie surrealizmowi sceny. Niezwykły klimat filmu, wzmacniany przez rytmiczną muzykę Frizziego, prędko udziela się widzowi, który na przekór rozsądkowi w rozsadzanych czaszkach, odrywanych kończynach i bryzgającej na ekranie krwi zaczyna dostrzegać coś pięknego, rodzaj chorobliwie makabrycznej poezji. Zapewne przesadzam egzaltując się „Zombie 2”. Wielu widzów, poza sztubacką zgrywą niedoszłego studenta medycyny, nic w filmie szczególnego nie dostrzega. Inni z kolei, bardziej zagorzali miłośnicy Fulciego, traktują go wyłącznie jako rodzaj wstępu do dwóch późniejszych „arcydzieł absolutnych”, do „House by the Cemetery” i do „The Beyond”, w których mistrzowi udało się niemal zmitologizować kino gore. Jeśli jednak tak jest, to takiej wprawki pozostałym twórcom należy tylko życzyć!
          Pisząc o „Zombie 2”, trudno nie wspomnieć o samych zombie, wytworów Giannetto De Rossi, który na planie filmu doprowadził swoje charakteryzatorskie arkany do mistrzostwa (i to mimo bardzo ograniczonego czasu produkcji!). Nie ma wątpliwości, że powłóczące krok za krokiem, zżerane przez wijące się robactwo, brudne i wychudzone żywe trupy z filmu Fulciego stały się już ikoną horroru i pod względem wykonania, chyba nikt do dzisiaj Rossiego nie zdołał przebić.
          Ogromny sukces „Zombie 2”, który miał swoją premierę w 1979 roku, a więc rok po „Świcie żywych trupów” stał się nie tylko udziałem Fulciego, ale zainspirował włoskich filmowców na niespotykaną dotąd skalę. Kiedy w tym samym roku Deodato zapoczątkował falę surowego kina kanibalistycznego swoim delirycznym „Cannibal Holocaust”, jego rodak rozpoczął we Włoszech czasy zombie-movie. W 1980 r. włoskie ekrany nawiedzą takie dzieła jak „Zombie Holocaust” Girolamiego, „Cannibal Apocalypse” Margheritiego, „Erotic Nights of the Living Dead” D`Amato czy „City of the Walking Dead” Lenziego. I choć w większości są to filmy nieoglądalne, czy jak kto woli absolutnie niestrawne, to bez wątpliwości, oba prototypowe dzieła z 1979 roku, zmieniły już na zawsze obraz włoskiego horroru. Tłumione instynkty zostały uwolnione, a kina zostały zalane filmami bezkompromisowymi i za nic mającymi sobie zasady dobrego smaku. Czy można sobie było wymarzyć lepsze wkroczenie w lata 80-te?
          Sam Fulci z dnia na dzień, niemal niepostrzeżenie, stał się twórcą filmów gatunku, świadomym swoich umiejętności i w pełni kontrolującym reżyserski warsztat. Na lata 1979-1981 przypadną szczytowe osiągnięcia włoskiego mistrza uwieńczone dwoma filmami, które do dziś porażają widzów swoją wielkością i apokaliptycznym pięknem. W „The Beyond” i „House by the Cemetery” Fulci wypełni ideały, którymi dał już wyraz w „Zombie 2”. Kino gore nigdy wcześniej i później miało już nie wyglądać tak wspaniale.

Ocena
5-/6